Darmowy fragment

Właściwie w tym miejscu możnanapisać, że po prostu trzeba samodzielnie napisać swoją pracę, pisząc ją swoimi słowami, nie kopiując, nie zapożyczając, nie przepisując z jakichkolwiek materiałów – czy to z Internetu czy z książek.

Ale to nie prawda. Okazuje się bowiem, że nawet jeśli wymyślimy coś z głowy, całkowicie od siebie, ubierając myśl w te a nie inne słowa jest szansa, że ktoś już kiedyś o tym samym napisał dokładnie w ten sam sposób. I już mamy plagiat.

Ale o ile jest możliwe, że ktoś napisał i gdzieś opublikował już taką część zdania, może nawet całe zdanie, to raczej trudno pokusić się o przypuszczenie, że napisał cały akapit czy nawet więcej w identyczny sposób. I tu jest właśnie nasz punkt widzenia: „przecież ja to właśnie napisałem, więc dlaczego ktoś już wcześniej przede mną miał to zrobić?”

Ale odwróćmy całą sytuację i spójrzmy prawdzie w oczy. Właśnie napisałeś drogi studencie kilka stron dobrego, rzetelnego w Twoim mniemaniu tekstu. Jesteś z niego dumny, bo to Twoje dzieło. Ale czy aby na pewno tylko Twoje?

Masz przed sobą kilka książek otwartych na interesujących Cię zagadnieniach. W Internecie jest parę fajnych, pomocnych w tym temacie stronek.

Zacząłeś więc od jednej książki i napisałeś parę akapitów swojego dzieła dyplomowego. Fajnie to autor wymyślił – napisał dokładnie to co trzeba w odpowiedniej kolejności i odpowiednio zagłębiając się w temat. Promotor wyraźnie mówił – pisać własnymi słowami mając przed sobą kilka książek; trochę zaczerpnąć z jednej, później z następnej i kolejnej i jeszcze następnej i znowu z innej. Hmmm w sumie to jest męczące. Ale co się okazuje… Otóż w tej pierwszej jest właściwie napisane to co trzeba i tak jak trzeba. Zatem przepisujesz pierwsze zdanie książki swoimi słowami. Wyraz po wyrazie, kolejne części zdania po sobie i stwierdzasz, że tu nie ma czego zmieniać, bo autor napisał to tak, jak Ty byś ujął temat. Pisanie swoimi słowami wychodzi dość kulawo, więc przepisujesz jedno, później kolejne i następne zdanie. I masz już przepisany akapit. Nieźle Ci poszło. Zatem masz powody do dumy. Sam napisałeś akapit swojej pracy – przynajmniej tak Ci się wydaje.

Ale patrzysz na zegarek i stwierdzasz, że poświęciłeś temu kupę czasu, nie tak to miało wyglądać. Przecież oprócz pisania pracy jest też życie towarzyskie. Trzeba coś tu przyśpieszyć. Aaa no właśnie… przecież miałeś jeszcze otwarte te fajne stronki na necie. Zerknijmy. Ooo, tu jest to jeszcze lepiej opisane, a poza tym jest schemat. W sumie nie myślałeś o schemacie, ale faktycznie, pasuje jak ulał. A skoro schemat to przyda się i opis. Internet to fantastyczne miejsce, bo jak chcesz coś z niego to po prostu kopiujesz tekst, tabele, rysunek, schemat i właściwie wszystko co się da. I tym sposobem, używając odpowiednich przycisków oznaczających kopiuj-wklej, w parę minut wyczarowałeś już cały podrozdział pracy. Takiego tempa było Ci trzeba. Jesteś szybki jak błyskawica. Teraz już wiesz, że tylko kujony same piszą swoje prace. Przecież Ty swoją metodą, przepisując książki i kopiując ze stron internetowych, w tym tempie opracujesz cała swoją magisterkę, licencjat czy inżyniera w kilka dni. Masz patent, asa w rękawie.

Popadasz w samo zachwyt, bo świetnie Ci idzie. Rozdział powstał migiem w porównaniu do tego co mówią koledzy i koleżanki z roku. „Ja dzisiaj napisałam 3 strony”, „ja napisałem 2 strony”, „mi udało się napisać tylko pół strony, bo mam bardzo trudny temat”. Ale ślimaki, w tym tempie zajmie im to rok albo dłużej, a przecież zostały dwa miesiące. Ale Ty masz już cały rozdział i to dobry. Poza tym wiesz na co Cię stać; możesz być szybki jeśli tylko chcesz. Wiesz też, że na necie jest coś odnośnie 2 i 3 rozdziału, więc dasz rade. Później jeszcze wszystko ładnie połączyć, dopisać wstęp i jakieś podsumowanie i nikt Ci nie podskoczy.

Więc następne tygodnie upływają Ci na innych czynnościach niż pisanie dyplomówki. Dopiero bezpośrednio przed ostatecznym spotkaniem z promotorem bierzesz się za dokończenie swojego epokowego dzieła. Miało być z książek, więc idziesz do biblioteki. Ale jakoś tak się złożyło, że już te ciekawsze tytuły się rozeszły i nie ma czego wypożyczyć z biblioteki. Jest jeszcze czytelnia, tutaj bywałeś raczej rzadko. Ale co za problem, odbijesz sobie na ksero to co trzeba. Zatem bierzesz 2-3 książki i lecisz po schodach do punktu ksero. A tu kosmiczna kolejka. Przechodząc tędy widziałeś zawsze 4 osoby kserujące. Dzisiaj są tylko dwie, a na dodatek ksero samoobsługowe jest popsute. Słabo… ale czekasz. Mija kwadrans, a kolejka ani drgnie. No wreszcie ktoś płaci i następna osoba będzie obsługiwana. O rety – ile on ma książek? Chyba wyniósł pół czytelni. I jeszcze z uśmiechem oddaje książki pracownikowi ksero. No to ładnie sobie tu pognijesz…

Nagle eureka. Przecież w tym czasie, który tu spędzisz, sam napiszesz przy użyciu tej samej metody co wcześniej znaczną część pracy. Więc olewasz kolejkę i wracasz do laptopa i zaczynasz od nowa rzeźbić swoje dzieło. Tym razem idzie bardziej opornie, wszystkie fajne stronki gdzieś się pochowały. Ale jedna po drugiej, trzeciej, dziesiątej, nastej stronie – jakoś wszystko układa się w logiczną całość. Zaczyna nabierać właściwego kształtu. Czasu straciłeś aż nadto, więc niewiele zmieniasz w tekście. Zresztą żeby znaleźć te materiały, do których wreszcie dotarłeś, trzeba sporo poszperać, odwiedzając po drodze bezwartościowe z Twojego punktu widzenia strony.

No i wreszcie jest. Udało się napisać pracę. Samemu, a jakże. Nikomu nie zleciłeś, sam  napisałeś. Są powody do radości.

Możesz iść i pokazać pracę promotorowi. Masz świadomość, że jest dobra, na temat, z najlepszych źródeł jakie udało Ci się odnaleźć. Będzie dobrze!

Promotor pobieżnie przegląda pracę, twierdzi, że przypisów jest mało, bibliografia skąpa. No ale kto by wertował tysiąc książek – no może tylko ten uchachany z kolejki na ksero. Ty nie miałeś na to czasu. W końcu nie samą pracą dyplomową student żyje.

Promotor mówi lakonicznie, ze pewnie nie obędzie się bez poprawek, bo to za mało przypisów, a to cos jeszcze mu nie pasuje, ale dzisiaj tego nie przeczyta i widzicie się na kolejnym seminarium, w sumie już ostatnim przed obroną. Ok, niech tak będzie. Wiesz, że masz pracę napisaną i co tu jeszcze zmieniać – jest świetna.

Nadchodzi dzień ostatniego seminarium. Każdy student wchodzi oddzielnie na spotkanie z promotorem. Jedni są tam 5 minut, inny trochę dłużej, ale każdy wychodzi z dobrą miną. Ok, teraz Ty wchodzisz. Będzie dobrze – bo jakżeby inaczej.

Promotor jednak nie ma dobrej miny. Nieśpiesznie każe Ci usiąść, mierzy Cię wzrokiem. O co mu biega? „Panie Iksiński, to co Pan przyniósł nadaje się tylko do śmieci. Po lekturze paru stron rozpoznałem zapożyczony tekst z podręcznika, który był używany na zajęciach i dało mi to do myślenia. Poddaliśmy zatem prace weryfikacji w naszym uczelnianym programie antyplagiatowym. Okazało się, że praca jest plagiatem w ogromnej większości. Teraz zastanawiamy się z rektorem co z Panem zrobić. Może Pan stracić możliwość obrony, może Pan zostać relegowany z uczelni, a cała sprawa może zostać zgłoszona na prokuraturę. To co pan przyniósł to plagiat !!! Proszę czekać, niezwłocznie podejmiemy decyzję nad Pana przyszłością.”

(…)

To chyba najgorszy możliwy scenariusz, ale właśnie możliwy, a wręcz prawdopodobny, jeśli powtórzy się podobny schemat działania jak u naszego bohatera. Tak kończy się pisanie pracy dyplomowej na skróty.

Ten poradnik został stworzony po to, by jak największa liczba studentów ustrzegła się przed podobnym losem.

Dzięki niemu każdy, kto go przeczyta i zastosuje rady z nim zawarte, będzie mógł iść spokojnie spać przed obroną swojej pracy dyplomowej.